Media o FPP

3 stycznia 2018
Wyborcza.biz
Przedsiębiorcy: czujemy się oszukani przez państwo. ZUS każe płacić "zaległe" składki za umowy-zlecenia. Emerytka ma do oddania 400 tys. zł!

"Państwo zachowywało się jak paser. Jeśli kupi pani ode mnie telefon za złotówkę, musi sobie pani zdawać sprawę, że pewnie go ukradłem.


A państwo doskonale wiedząc, ile wynosi wynagrodzenie minimalne, kupowało usługi za dwa razy mniej. Teraz karze za to przedsiębiorców" - mówi Marek Kowalski, szef Federacji Przedsiębiorców Polskich.

Adriana Rozwadowska: Pracodawcy domagają się abolicji ozusowania umów-zleceń. Brzmi, jakbyście za coś nie zapłacili, a potem chcieli uniknąć kary.

Marek Kowalski: Nie płaciliśmy na życzenie i za zgodą państwa. Zacznijmy od początku. Mamy rok 2008, zmienia się ustawa o zamówieniach publicznych. Wchodzi ograniczenie: jeśli wygrałeś przetarg np. na ochronę budynku, ale nie przewidziałeś, że płaca minimalna będzie rosnąć, nie możesz już waloryzować kontraktu. Firmy miały podpisane umowy na 2, 3, a niektóre na 4 lata, a wynagrodzenia rosły średnio o 5 proc. rocznie. Do tego w zamówieniach publicznych jedynym kryterium była cena, więc marża firm wynosiła zaledwie od 3 do 5 proc. Już po pierwszym roku firmy musiały dokładać do wygranych przetargów publicznych.
Więc znalazły furtkę, skąd te pieniądze wziąć.

Ale furtkę zgodną z ówczesnym prawem! Żeby móc uczestniczyć w rynku zamówień publicznych, przedsiębiorcy musieli znaleźć inne rozwiązanie. Powiem wprost: optymalizację kosztów pracy. Bo prawo pozwalało wtedy na ozusowanie pierwszej umowy-zlecenia, a od drugiej wystarczyło tylko odprowadzić składkę zdrowotną. Więc przedsiębiorcy zaczęli zawierać po dwie umowy z pracownikiem: jedną na 100 zł, drugą na 1800 zł. ZUS kontrolował wtedy przedsiębiorców i nie miał do takich rozwiązań żadnych zastrzeżeń.

Był to oczywiście karygodny błąd prawny, który należało naprawić dawno temu, ale czekano z tym do 2015 roku, kiedy – w miejsce ozusowania pierwszej umowy, co łatwo można było ominąć – wprowadzono ozusowanie umów do wysokości płacy minimalnej. W tym samym roku znowelizowano prawo zamówień publicznych i wprowadzono obligatoryjną waloryzację. Od tamtej pory jeśli rośnie stawka na ubezpieczenie społeczne, VAT, płaca minimalna – zawarty kontrakt można waloryzować z automatu.
Czyli naprawiono wypaczenia.

Tak, te rozwiązania częściowo uporządkowały rynek. Ale w pewnym momencie – około 2013 roku – ZUS wprowadził pojęcie pozorności umowy. Na początku rzadko z niego korzystał, ale sprawa nasiliła się w ostatnich dwóch latach. Jeśli mieliśmy umowę na 100 zł i drugą na 1800 zł, ZUS zaczął nagle uznawać tę pierwszą za pozorną i domaga się opłacenia składek za tę drugą – do 5 lat wstecz. Pojawiła się masa kontroli z ZUS-u, które kwestionują te umowy.

 

No ale po to przecież były zawierane: żeby wykiwać system.

Problem w tym, że państwo też usiłowało wykiwać. Urzędy, w tym ZUS, przez lata kupowały usługi za cenę 6, 7, 8 zł za roboczogodzinę. W tym miało być wszystko: wynagrodzenie pracownika, składki, marża firmy. I teraz ten sam ZUS, który kupił od pani usługę za 7 zł za godzinę, kilka miesięcy później przychodzi i mówi: „Ja proszę składkę od 13 zł na godzinę, bo taka obowiązuje”. Przecież przedsiębiorcy nie widzieli tych pieniędzy na oczy!


Związki zawodowe popierają w tej sprawie pracodawców. Michał Kulczycki z NSZZ „Solidarność” Pracowników Ochrony, Cateringu i Sprzątania mówi, że byliście przez państwo zmuszani do dumpingowania stawek.

Związki zawodowe są tego świadome, bo razem z nami przeżywały konsekwencje w postaci kilkuzłotowych stawek dla pracowników. Jedynym beneficjentem, który na tym wszystkim zarobił, jest państwo. Pracodawca koszty optymalizował, ale nie zarabiał na tym nic – o tyle, o ile mniej wypłacił pracownikowi, o tyle mniej dostał od państwa. Pracownik też tracił, bo dostawał niską pensję i do tego podstawa do obliczania jego emerytury też była śmiesznie niska. W latach 2008-16 przeciętnie zyski przedsiębiorców świadczących usługi, w których jest duże zaangażowanie kosztów pracy, spadły wręcz z 10 do 3 proc. Oszczędność trafiała do kieszeni państwa, a nie do kieszeni przedsiębiorcy. Wyliczyliśmy, że w latach 2008-16 zaoszczędziło w ten sposób ok. 25 mld zł.
Robiliście to, żeby wygrywać przetargi, bo państwo kierowało się jednym kryterium: ceną.

Wszyscy tak robili, bo trzeba było, bo instytucje publiczne życzyły sobie pracowników za jak najmniej. Już w 2014 roku mówiłem, że trzeba wpisać obligatoryjne zatrudnianie na umowę o pracę do prawa zamówień publicznych. Wtedy kombinacje by się skończyły. Ale rząd się nie zgodził i w nowelizacji z 2015 roku umowę o pracę wpisał jako fakultatywną. I co się stało? Zaledwie w 6 proc. przetargów wymagano umów o pracę. Urzędnicy państwowi rozpisujący przetargi stwierdzili: „Po co, koszty będą nam rosły, skoro wciąż możemy mieć tę usługę tanio”. Dopiero w kolejnej nowelizacji umowy o pracę stały się obligatoryjne, ale wciąż są miejsca – zwłaszcza w samorządzie – gdzie ta wiedza nie dotarła i w przetargach tego wymogu nie ma.

Kiedyś powiedziałem w Sejmie: państwo zachowywało się jak paser. Jeśli kupi pani ode mnie telefon za złotówkę, doskonale wie pani, że musiałem go ukraść. A państwo doskonale wiedząc, ile wynosi wynagrodzenie minimalne, kupowało usługi za dwa razy mniej. Teraz karze za to przedsiębiorców.

Słyszę czasami: „No to po co przedsiębiorcy w to wchodzili, po co startowali w takich przetargach”. To ja odpowiem pytaniem na pytanie: A po co pracownicy się zatrudniali za 7 zł? Mogli się nie zatrudniać. Jedni i drudzy robili to z przyczyn życiowych. To państwo tolerowało łamanie prawa w sektorze publicznym.

 

Na ile opiewają zwroty, których domaga się ZUS od przedsiębiorców?

Przychodzą do nas osoby, które z dnia na dzień mają do oddania 600, 700 tys., milion, dwa miliony złotych. Nie chodzi wcale o największe firmy, ale też o te małe i średnie: emerytka prowadząca firmę z rocznym przychodem 600 tys. ma naliczoną karę 400 tys. złotych. Duże firmy mają działy prawne, małe nie mają nikogo. Jeśli tego nie przetniemy, będzie dochodziło do dramatów ludzkich. Chodzi nie tylko o ochronę i sprzątanie, ale o wszystkie branże, w których stosowano zlecenia: w handlu, w budowlance, w obsłudze sądów i szpitali.
Czytaj też: Kiedy ZUS umarza składki przedsiębiorcom
Macie propozycję, jak to przeciąć: abolicję, od której zaczęliśmy rozmowę.

Zdziwię się, jeśli rząd nie przyjmie tego rozwiązania, bo wszyscy na nim zyskują.

Nasz pomysł jest taki: ZUS przestaje ścigać przedsiębiorców za niezapłacone do 2017 roku składki od umów zlecenia. Żeby uniknąć sytuacji, w której pracownik będzie poszkodowany, bo ma niską podstawę do wyliczenia emerytury – tę pierwszą umowę opiewającą na 100 zł – proponujemy zwiększenie podstawy emerytury do wysokości płacy minimalnej obowiązującej w danym roku. Za to będzie musiało zapłacić państwo. Ale wskazujemy też, skąd wziąć środki: teraz składki na umowie-zleceniu odprowadza się do wysokości jednokrotności płacy minimalnej. Przyniosło to ponad 600 mln złotych dodatkowego wzrostu składek od umów-zleceń w 2016 roku w stosunku do 2015 roku. Ocena skutków regulacji przewidywała zwiększenie o 50 mln zł z tego tytułu. Chcemy zwiększyć tę podstawę do dwu- lub trzykrotności najniższej krajowej. To może dać dodatkowe wpływy do ZUS na poziomie 2 mld zł rocznie.

Złożyliśmy naszą propozycję w ZUS-ie, resorcie rodziny i pracy i resorcie rozwoju. Szefowa ZUS-u Gertruda Uścińska obiecała mi, że ZUS przeanalizuje ją do świąt.

Prawo już zmieniliśmy, uporządkowano rynek. Dlatego potrzebna jest gruba kreska, aż się prosi o tę abolicję. Chcielibyśmy usłyszeć: „Przedsiębiorco! Dajemy ci ją, ale od teraz za każde naruszenie kary będą wysokie”. Ja jestem za tym. Niech mandat wynosi nie 1 tys. ale 30 tys. zł, ale pod warunkiem: pewności prawnej.

 

Więcej: http://wyborcza.biz/biznes/7,147584,22839108,przedsiebiorcy-czujemy-sie-oszukani-przez-panstwo-zus-nagle.html

 arrow powrót